Kiedy trzy lata temu zdecydowaliśmy, że w naszym domu pojawi się pies, od razu wiedziałam, że to będzie jamnik. Te krótkie nóżki, długi tułów i mądre, nieco melancholijne oczy zawsze mnie rozczulały. Tak znalazł się u nas Oskar. Dzisiaj ma trzy lata i chociaż fizycznie pasuje do standardu rasy, psychicznie… cóż, on chyba myśli, że jest co najmniej rottweilerem.
Stój! Kto idzie?
Oskar to typowy przykład małego ciałka, w którym mieszka potężny ego. Na spacerach jest nieustraszony. Kiedy tylko na horyzoncie pojawi się inny pies, Oskar zamienia się w „Małego Napoleona”. Jego ogon sztywnieje, uszy stają dęba, a z gardła wydobywa się basowe szczekanie, które, jestem pewna, słychać w sąsiedniej dzielnicy. Nieważne, czy to mops, czy owczarek niemiecki – Oskar musi go odgonić. To jego misja. Zawsze się z tego śmiejemy, chociaż czasami jest to krępujące. Oskar po prostu uważa, że cały świat wokół niego należy do niego i jego ludzi, a intruzi nie są mile widziani.
To samo tyczy się obcych ludzi. Kiedy ktoś przychodzi do nas w odwiedziny, Oskar najpierw musi go obszczekać. Musi pokazać, kto tu rządzi. Dopiero po dłuższej chwili, kiedy gość zostanie „zweryfikowany” i zaakceptowany przez nas, Oskar z łaską pozwala mu wejść do domu. Myślę, że to nie jest strach. To instynkt obronny. On jest naszym małym ochroniarzem i bierze swoją rolę śmiertelnie poważnie. Chroni nas przed wszystkim, co nieznane i potencjalnie groźne.
Kraina łagodności w sypialni
Ale wiecie co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Kiedy dzień się kończy, a my wchodzimy do sypialni, Oskar zamienia się w zupełnie innego psa. Znika „Mały Napoleon”, znika basowe szczekanie, znika strażnik Teksasu. W sypialni Oskar staje się najłagodniejszą, najbardziej potrzebującą miłości istotą na ziemi.
Wystarczy, że usiądę na łóżku, a on już jest obok mnie. Kręci się, mości, układa. Domaga się nieustannego miziania i głaskania. Jego długi tułów zwija się w idealną kulkę miłości, a te mądre oczy patrzą na mnie z takim uwielbieniem, że serce mi mięknie. Potrafi godzinami leżeć na moich kolanach i mruczeć (tak, mruczy, jak kot!), kiedy drapię go za uchem. Czasami mam wrażenie, że on tym zachowaniem nadrabia całą tę „twardość”, którą pokazuje na zewnątrz. Tutaj, w sypialni, jest bezpieczny, kocha nas bezgranicznie i wie, że my kochamy jego.
Oskar, mój ukochany „dramat”
I tak to z nami jest. Oskar to chodząca sprzeczność. Jest głośny, terytorialny i czasami trudny na spacerach. Ale jednocześnie jest najbardziej lojalnym i kochającym przyjacielem, jakiego mogłam sobie wymarzyć. Nauczył mnie cierpliwości, zrozumienia i tego, że miłość nie zawsze jest łatwa, ale zawsze jest tego warta. Kiedy rano budzę się, a on śpi wtulony we mnie, wiem, że nie zamieniłabym go na żadnego innego psa. Nawet takiego, który nie szczeka na mopsy. Bo Oskar to Oskar. Mój ukochany, krótkonogi dramat